Ten rok (2007) był właściwie moim pierwszym rokiem startów w
maratonach MTB. Rower był "ze mną" od zawsze, ale też zawsze tylko
w roli środka komunikacji. Od czasów dzieciństwa (no tak, wtedy
nawet niewielu dorosłych miało samochody) po studia, a zwłaszcza
semestr w Kopenhadze - mieście gdzie rower to środek lokomocji
numer 1, aż do pracy, bo to zaczyna być jedyny sposób na
warszawskie korki. Pierwsze "starty" zaliczyłem z ojcem -
niesamowity facet: pół wieku już dawno za nim, a on nadal potrafi
przekręcić 120-150km bez żadnego grymasu na twarzy. Najpierw na
orientację tzw. Odyseja - http://www.compass.krakow.pl/odyseja/.
Wspaniała przygoda, super zabawa i klimat, dlatego chcę tam dalej
startować, mimo częstego gubienia drogi i nadrabiania kilometrów.
Ale nie tylko ojciec "wkręcił" mnie w rower. Ma w tym udział też
Jaro - "chef" naszego XBOX bike teamu. Nakręcił sporą ekipę ludzi,
trzeba mu przyznać - ma chłopak "marketingowy zmysł". A promocja
działa - pamiętam jak na Mazovii w Mławie chłopak za mną dopytywał
się w co grywam i jaki mam nick. Zanim zrozumiałem, że to chodzi o
XBOXa to trochę ujechaliśmy, ale i tak się nie przyznałem, że nie
gram, żeby nie psuć "szefowi" działań marketingowych. I nie mogę
zapomnieć o jeszcze jednej osobie, która najbardziej mi
imponuje i najmocniej przekonała mnie do pościgania się. Czym?
Swoim zapałem, wewnętrzną motywacją, profesjonalnym podejściem,
mimo, że jest taki jak każdy z nas: pracuje w korporacji, studiował
i wiedzie "normalne życie", choć dla innych jest "pod zegarkiem".
Michał Ciesielski - startuje w Joe Cox team (http://www.joecox-team.com),
jest z Łodzi tak jak ja (chłopak "spod kasztanów" - http://www.cyklomaniak.pl).
Razem studiowaliśmy i chodziliśmy do tego samego liceum. A jednak
dopiero teraz poznałem, jaki z niego zapaleniec. Wtedy sam byłem
zapaleńcem, tyle, że wspinaczkowym. Fajnie jest móc popatrzeć jak
"Łysy" doprowadził MTB do perfekcji. Na MTBTrophy w Istebnej miałem
okazję się o tym przekonać.
Ale wracając do sedna sprawy - chciałem opisać moje wrażenia z
jednego z kilku(nastu właściwie) maratonów, w jakich udało mi się
wystartować w 2007. Dlaczego Kraków? Bo dla mnie był to
najciekawszy maraton: oddzielna, długa, piękna i mordercza pętla
giga, mimo wielu zawodników rozdzielenie czasowo giga i mega to
strzał w 10kę - na trasie nie było tłoczno. Moja ukochana - Maja,
zdecydowała pojechać się ze mną - hurra! Wyjechaliśmy w sobotę
rano, mieliśmy nocleg niedaleko Parku Ojcowskiego. W sobotę udało
nam się trochę pojeździć po okolicy i Maja miała okazję zobaczyć,
czym różni się "rowerowanie" w okolicach Warszawy od okolic
Krakowa;) Ale była bardzo dzielna, trzeba jej przyznać. Ja
potraktowałem to jako mały rozruch przed niedzielą. Niepokoiło mnie
tylko dziwne "strzelanie" w tylnim kole. A że nadal nie jestem
specem w sprawach sprzętowych, zbagatelizowałem to. Udało mi się
też w sobotę zarejestrować - jeszcze tylko chwila wahania: czy na
pewno giga - to przecież 100km, ale z drugiej strony nie po to
jechałem taki kawał, żeby teraz robić jakieś "przejażdżki" ;)
W niedzielę niespiesznie dotarliśmy na miejsce, parkując przy
wejściu na zamknięty stadion, zastanawiamy się jak nasze
warszawskie "blachy" podziałałyby na krakowskich kibiców gdyby był
tam dziś mecz… Na starcie jak zwykle tłumy, ale ja nienerwowo
zaczynam swoją "procedurkę": zrobić isotonic, przebrać się, zabrać
jakieś "jedzonko", przesmarować łańcuch, zrobić parę kółek na
rozgrzewkę, ale co tu się rozgrzewać jak mam i tak 100km do
przejechania, to wiadomo, że nie będę cisnął non-stop - do Michała
mi jeszcze daleko. Chwilka rozmowy ze znajomymi z XBOXa, Basi
pożyczam bidon, Jarowi narzekam na koło. Wsiada, robi dwa kółka i
od razu wie co jest grane: luzy w szprychach, trzeba naciągnąć
asap, bo mogę nie skończyć tego wyścigu. Pędzę do serwisu, gdzie
cudem udaje mi się dopchać, a pan mi też jednak pomaga. Moja
"procedurka" zaburzona, ale na start zdążam, wdzięczny Jaromirowi,
i bardziej pewien roweru, ale z postanowieniem "podszkolenia" się
ze spraw "hardwareowych".
Startuję jak zwykle - z końca. Zaczynam nie za ostro, ale równo
wyprzedzam, w końcu giga startuje z mini. Start raczej monotonny -
po płaskim. Ale za chwilę zaczynają się pierwsze górki i tu już
coraz bardziej się "peleton rozciąga". Czuję się nieźle, nawet
żołądek, z którym zawsze mam jakiś problem dziś o dziwo spokojny.
Pierwsze 40 km upływa mi spokojnie, bez wielkich kryzysów, ale też
nie jadę bardzo mocno, chcę dociągnąć równo do końca. W pierwszych
maratonach moją zmorą była utrata tempa w drugiej połowie, dopiero
później nauczyłem się lepiej rozkładać swoje wątłe siły. Nigdy nie
byłem specjalnie wysportowany, w podstawówce wręcz zawsze na końcu
wszelkich "zmagań WFowych". Ale staram się nadrabiać wolą walki.
Gdzieś w połowie spotykam dwójkę - jeden chłopak jedzie sobie dla
towarzystwa, ale jedzie już 120km, bo miał jakieś 70km do Krakowa
od siebie… Niektórzy to mają w nogach jakiegoś potwora… Chwilę z
nimi jadę, potem powoli udaje mi się odejść do przodu. Trasa jest
nietypowa trochę - ani bardzo górska (typu MTBTrophy) ani płaska.
Tak na zmianę. Ale zdarzają się bardzo szybkie zjazdy - na nowym
Mongoosie świetnie mi się jedzie - wreszcie mogę docenić hamulce
tarczowe. Na mecie okazuje się, że na tych zjazdach aż tak
"dziarsko mknąłem", że z torebki wypadł mi telefon komórkowy, zapas
dętki i małe klucze. Trudno, szanse na odzyskanie były już znikome.
W międzyczasie spotykam kogoś z JoeCox-a - wygląda na bardzo
zmęczonego i chyba po jakimś upadku. Chwilę jedziemy razem -
wspominam Michała, żałuję, że go nie ma, no i narzekamy, że coś do
bufetu daleko, bo obu nas trochę wysuszyło. Wreszcie bufet - można
uzupełnić płyny. Gdy dopadam pierwszych zawodników z Mega zaczyna
być trochę trudniej - trzeba wyprzedzać, co nie zawsze jest łatwe
na wąskich odcinkach. Ale zachowując się kulturalnie, ludzie
ustępują, a ja dziękuję - niebo lepiej niż "w kotle" na Mazovii. Z
drugiej strony, wyprzedzanie, nawet z Mega, daje kopa
motywacyjnego. Po drodze mija mnie tylko chłopak z Planji - zasuwa
jak dziki, ewidentnie po jakiejś awarii sprzętu, chwilę próbuję go
utrzymać, ale nie daję rady zbyt długo. A gdy na trasie dopadam
Basię, a potem Jara - wiem, że koniec blisko. Jara pozdrawiam, ale
też i mruczę coś tam pod nosem, że ciężko, bo to już był bodajże
przedostatni podjazd. Rzeźbię jednak zawzięcie.
Potem już prosto do mety, gdzie wpadam i patrzę: 100km, 5 i pół
godziny, co plasuje mnie gdzieś w środku stawki - fajnie jest
wiedzieć ile jest jeszcze do nadrobienia;) Że ja tyle czasu
wytrzymałem w siodełku… Chwila ulgi i radości, że to już
koniec. Zaraz za mną wpada chłopak, z którym nieraz jechałem równo
na MTBTrophy, a potem w Nowinach - no, ale on ma łatwiej - w Kkowie
ma przynajmniej góry, a gdzie tu Wwie trenować pod takie
"wycieczki" jak ta, którą właśnie skończyłem? Pierwszy oczywiście
znów Andrzej Kaiser. Leżę dość nieprzytomny - Maja mnie
"reanimuje", za co jestem jej bardzo wdzięczny. W trasie jadąc
często sam, miło było mieć świadomość, że na mecie czeka na mnie
ktoś mi najbliższy. Początkowo nic nie mogę przełknąć, ale powoli
wracam do siebie. W końcu jeszcze dziś 300km do Warszawy trzeba
bezpiecznie doprowadzić nas autem. No i już myślę o tym, gdzie
mogłem pojechać lepiej, ile z tego czasu dało się urwać, co do
poprawienia w taktyce. To wszystko nadal mam w głowie, a w Krakowie
w tym roku znów maraton… Będzie, co poprawiać, oby tylko sił i
zdrowia starczyło.
Andrzej Lipka