„Świat kręci się…”

Lubię odkrywać świat. Na rowerze można zobaczyć więcej, w krótszym czasie. Udział w maratonach pozwala powłóczyć się po Polsce, no i daje okazję do ustrzelenia naprawdę ciekawych zdjęć. Najfajniej jeździ się w towarzystwie. Często myślę, że mam wielkie szczęście, bo trafiłam na super zespół, dla którego jazda to czysta przyjemność.

Staramy się jeździć przy każdej pogodzie. Jednak czasami nadmiar wrażeń wywołuje zaziębienia, uszkodzenia rowerów lub ogólny przesyt jazdą.  Nam się udało zachować zimną krew i chęć do pedałowania, a dzięki szczęśliwemu zbiegowi przypadków dostaliśmy zaproszenie na tor kolarski w Pruszkowie.

Zebraliśmy się w niedzielę rano, ubrani ślicznie w mundurki teamowe. Przygotowaliśmy użyczone rowery do jazdy no i zaczęliśmy próbować.  Po torze jeździ się na tak zwanym "ostrym kole", bez hamulców i przerzutek (chcesz wolniej jechać, przestajesz pedałować).

Najpierw strach i niepewność, bo przecież nie da się normalnie zatrzymać!!!  Potem tylko pedałujesz szybciej "Radość, wolność, grawitacji brak…" za to siła odśrodkowa i owszem…

W rezultacie rozjeżdżony zespół gonił i gnał, wspinał się, co raz wyżej na ściany toru, przed oczami tylko sosnowa klepka, łuki, reklamy, czas każdego okrążenia zmierzony… Było fajnie…

 "Świat kręci się… Kręcę się ja", żyjemy w pośpiechu, ale dla takich chwil warto żyć, a na tor jeszcze wrócimy!

„pierwszy krok”

Kilka tygodni temu byłam na bardzo ciekawej prezentacji, o tym jak zarządzać zespołem projektowym. Abstrahując od właściwej treści wykładu, prelegent powiedział jedno ważne zdanie, "najtrudniejszy jest pierwszy krok".

Dla mnie pierwszy krok to rozpoczęcie sezonu rowerowego już na początku lutego. W normalnych warunkach żadna siła by mnie nie wyciągnęła z domu na mróz i śnieg, i to po to, aby jeździć rowerem (na narty owszem, chętnie). W tym roku to się zmieniło. Niedosyt wrażeń letnich, przegapiony wyjazd narciarski, odwieczna walka z ADHD, nie wiem...

Dużą motywacją było to, że w ramach zespołu jeździła grupka fanów szaleństw zimowych, do której z radością dołączyłam, spowalniając ich treningi skutecznie (Dziękuję, że mnie ciągle zabieracie ze sobą!!!).

Sama jazda to już przyjemność. Co prawda, pierwsze uczucie to zimno- początkowych kilkadziesiąt metrów jest trudne. Mieszkam za Warszawą, więc na spotkania rowerowe dojeżdżam (mam nadzieję, że od wiosny już na rowerze, obecnie kolejką dojazdową). Krótki maraton do kolejki działa jak rozgrzewka. WKD to jedno z moich najbardziej kultowych i ulubionych miejsc. Lubię patrzeć na pasażerów, podglądać, co czytają, zastanawiać się gdzie jadą…

Reszta przejażdżki to już tylko frajda. Zazwyczaj jeździmy różne pętle pomiędzy mostami  Stolicy. Zimowe widoki Warszawy migają przed oczami. Na trasie o ile pozwolą pogoda i czas, staram się zatrzymać na moście Siekierkowskim. Z tego mostu panorama Warszawy jest najpiękniejsza. To tak jakby się patrzyło na inne zupełnie miasto, takie z książek sf.

Zespołowa jazda zazwyczaj kończy się przy którymś moście, dla mnie to początek powrotu do domu (WKD) i początek odliczania czasu do następnego spotkania.

Podoba mi się, że są ludzie, którzy jeżdżą zimą i mają z tego dużo radości, za to z drugiej strony, szkoda, że jest wśród nich tak mało kobiet. Im dedykuję moje odkrycie, że pierwszy krok jest najważniejszy…

Barbso
 P.S. Z rozpędu wzięłam też udział w zimowym maratonie w Mrozach, przeżyłam;-)

Zwyczajna? Niezwyczajna sobota!

(albo, jak kto woli )

JAK TERNOWAĆ ZIMĄ NIE ROBIĄC W PORY


         Wszystko zaczęło się od wieczorno-piątkowej zaczepki Andrzeja. Tydzień temu, w Mrozach zgodnie ustaliliśmy, że w nadchodzącym sezonie będziemy się wzajemnie mobilizowali. Amen.

Wystartujemy przed południem. Dokąd pojedziemy? Kampinos?

            Poranne mgły raczej nie zwiastowały słonecznego dnia. Bardziej podpowiadały, że założenie podkaskowej kominiarki będzie absolutnie uzasadnione. Andrzej (bez kominiarki) przypedałował z Włoch na Wilczą skąd pomknęliśmy w stronę Mokotowa. Zatrzymaliśmy się w R99 na racławickich fortach gdzie panowie umówili się na przegląd bajka, a ja walczyłem z moim prędkościomierzem, w którym jak na złość padły baterie. "Spływa to ze mnie jak wody Rio Grande" - pomyślałem. Nie będzie cyferek. Kto powiedział, że one zawsze muszą być?

Liczy się, i owszem, ale coś zupełnie innego. Co to takiego? Czy będę potrafił odpowiednio to opisać? Ech, z pewnością doskonale to znacie i od dawna wiecie. Co sprawia, że przez kilka godzin gęba się sama człekowi uśmiecha? Jak pędząc przed siebie mijasz dobrze znane i pierwszy raz widziane miejsca? Wreszcie, że dysponując (do)wolnością wyboru takiej czy siakiej drogi i tak zawsze trafisz do każdego celu jaki tylko sobie wymyślisz. TO SIĘ LICZY.

Ruszyliśmy z Racławickiej w Wołoską, do Puławskiej, kawałek Ursynowem skąd wbiliśmy się w łąkę na tyłach Kazoorki. Przed nami Las Kabacki. Dość twardości asfaltów, koniec szosy. Czas na rozmiękłą ziemię nasiąkniętą wodą jak gąbka. Najpierw pokonaliśmy wąski i pokręcony między młodymi brzózkami single track, później przeszliśmy przez tory by wreszcie zanurzyć się w spowity mgłami, wyraźnie przebudzony z zimowego snu, las. Szerokim duktem dotarliśmy do powsińskiej łączki, przecięliśmy ją pędem i wjechaliśmy na drogę, która (niespodziewanie dla Andrzeja) doprowadziła nas do konstancinskich tężni. Coprawda biletów wycieczkowych w weekendy nie sprzedają, ale za piątaka od główy weszliśmy wewnątrz pozostawiając nasze oblepione błotkiem rumaki we wskazanym przez panią z kasy, ponoć najbezpieczniejszym, miejscu. Tężyliśmy się tęgo w solankowej tężni niespełna kwadrans.. Do pierwszego zabielenia ubrań. Nabrawszy mocy duchowej, z burczącymi brzuchami, tnąc Park Zdrojowy, skierowaliśmy się w te pędy do…cukierni!

Zza otwartych drzwi buchnął ciepły zapach świeżych słodkości. Nie namyślając się zbyt długo zdecydowaliśmy, że do dwa ciacha na luzaku wciągniemy. Jak postanowiliśmy tak uczyniliśmy. Bez pośpiechu, wesoło gaworząc dwa szaro-zielone ufoludki zajęły stolik i rozpoczęły słodką konsumpcję zapijając (wspólną!) herbatą. Kolejny raz wystudzeni skierowaliśmy się szosą w stronę Zalesia. Droga była chwilami wyjątkowo ruchliwa, pełna groźnych tirów i równie niebezpiecznych dziur wzdłuż krawędzi. Pobocza zapomnieli rozwinąć, zboczeńcy! Albo im zabrakło. Ten odcinek z pewnością można przejechać lasem. Tak też uczynimy będąc w okolicy kolejny raz. O 13-ej zataczaliśmy rundkę wokół zalesionego jeziorka. Nasze zainteresowanie wzbudziły dziesiątki powalonych w stronę wody drzew. Charakterystycznie stożkowo ogryzione pnie i ścieląca się wokół warstwa drzewnych łusek nie pozostawiały wątpliwości. Tak właśnie wygląda inwazja bobrów. Ależ siłę i determinację w działaniu mają te niewielkie istoty. I jakie mocne zębiska! Ścięły nawet naprawdę grubą, starą wierzbę latami zacieniająca okolice mostku wiodącego na basen. Jeszcze tylko pół okrążenia wąską ścieżynką chwilami całkowicie schowaną w szpalerze trzcin, mały asfaltowy podjaździk i trafiliśmy na stację kolejową Zalesie Górne. Tam spotkaliśmy Michała z Kaliną (rano ustaliliśmy telefonicznie, że gdzieś/jakoś znajdziemy się koło 13-ej). Siedliśmy na koło czerwonego volviaka i tak, ponoć nieczęsto schodząc poniżej 40 km/h, dojechaliśmy do oddalonego o około 5 kilometrów Robercina. Zatrzymaliśmy się na moment w sklepie, a później przed bramą, za którą stoi duży, ładny, drewniany dom. Przekraczając jego próg czuć przyjemne ciepło i wszechobecny zapach drewna. Jesteś szczęściarzem, Michał! Zanim się obejrzeliśmy gospodarze usadzili nas przy stole, na który po chwili wjechały talerze wypełnione makaronem z pesto. Pychota. Wsuwaliśmy kluchy podejmując wiele tematów z życia wziętych. Była też gorąca herba z sokiem malinowym w szklankach "IKEA Produkt of Russia" (też mam takie szklanki, ale bez napisu). I czekolada z najprawdziwszym, najlepszym kakao. Gdyby nie fakt, że dochodziła szesnasta, Słońce coraz bardziej schylało się ku Ziemi, pewnie ta sielanka trwałaby dalej. Michał posługując się internetem i zdjęciami satelitarnymi najpierw precyzyjnie określił nasze położenie, następnie wskazał optymalną drogę powrotną do Wawy. Jakieś 25 km. W lewo, w prawo, później znów w lewo i jeszcze raz w prawo…

            I tu jest właśnie miejsce na niewielkie rozwinięcie podtytułu owego tekstu "jak trenować zimą nie robiąc w pory". Pomyśleliśmy o tym po andrzejkowej przerwie technicznej, podczas której wspomniany odlewał się do przydrożnego stawiku. Mijając liczne kapuściane i porowe poletka zrozumieliśmy, że właśnie straciliśmy szansę na autentyczne zrobienie w pory. Może innym razem? Najlepiej od razu uwieczniając tę chwilę na zdjęciu. Kadr : pierwszy plan-fragment porzuconych, leżących w nieładzie rowerów; drugi plan-my (z tyłu) lejemy stojąc w porowych zagonach po kostki. Podpis : "chłopaki robią w pory". Warto spróbować robić fotki. Ja co prawda kiedyś jadąc odwróconym robiłem kolegom pstryk lecz nie zauważyłem "leżącego policjanta" na ulicy w Dziekanowie. W efekcie w tamtej chwili moje zdjęcie gubiącego na moment łączność z ziemią, a po ułamkach sekund z tak bliska ją oglądającego, byłoby całkiem śmieszne, prawda Jaro? Albo jakiś filmie, hę?

            Wracając do głównego wątku. Jeszcze parę razy skręciliśmy z Andrzejem w prawo-w lewo, w lewo-w prawo i już pędziliśmy Puławską w stronę miasta. Chcąc ominąć Wyścigi, skrócić dojazd do Marynarskiej, skręciliśmy w lewo w Poleczki. Tamże testowaliśmy powstającą właśnie szeroko pasmówkę-fragment dalibóg obwodnicy. Na 17 Stycznia przybiliśmy piątale i rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. Fajnie się z Tobą jeździ, Andrzej. Pewnie Ci to już mówiłem. Zatem najwyższy czas zaznajomić z tym faktem wszystkich. Do następnego razu!

Smoła

Dwa dni przed Krakowem

Ten rok (2007) był właściwie moim pierwszym rokiem startów w maratonach MTB. Rower był "ze mną" od zawsze, ale też zawsze tylko w roli środka komunikacji. Od czasów dzieciństwa (no tak, wtedy nawet niewielu dorosłych miało samochody) po studia, a zwłaszcza semestr w Kopenhadze - mieście gdzie rower to środek lokomocji numer 1, aż do pracy, bo to zaczyna być jedyny sposób na warszawskie korki. Pierwsze "starty" zaliczyłem z ojcem - niesamowity facet: pół wieku już dawno za nim, a on nadal potrafi przekręcić 120-150km bez żadnego grymasu na twarzy. Najpierw na orientację tzw. Odyseja - http://www.compass.krakow.pl/odyseja/. Wspaniała przygoda, super zabawa i klimat, dlatego chcę tam dalej startować, mimo częstego gubienia drogi i nadrabiania kilometrów. Ale nie tylko ojciec "wkręcił" mnie w rower. Ma w tym udział też Jaro - "chef" naszego XBOX bike teamu. Nakręcił sporą ekipę ludzi, trzeba mu przyznać - ma chłopak "marketingowy zmysł". A promocja działa - pamiętam jak na Mazovii w Mławie chłopak za mną dopytywał się w co grywam i jaki mam nick. Zanim zrozumiałem, że to chodzi o XBOXa to trochę ujechaliśmy, ale i tak się nie przyznałem, że nie gram, żeby nie psuć "szefowi" działań marketingowych. I nie mogę zapomnieć  o jeszcze jednej osobie, która najbardziej mi imponuje i najmocniej przekonała mnie do pościgania się. Czym? Swoim zapałem, wewnętrzną motywacją, profesjonalnym podejściem, mimo, że jest taki jak każdy z nas: pracuje w korporacji, studiował i wiedzie "normalne życie", choć dla innych jest "pod zegarkiem". Michał Ciesielski - startuje w Joe Cox team (http://www.joecox-team.com), jest z Łodzi tak jak ja (chłopak "spod kasztanów" - http://www.cyklomaniak.pl). Razem studiowaliśmy i chodziliśmy do tego samego liceum. A jednak dopiero teraz poznałem, jaki z niego zapaleniec. Wtedy sam byłem zapaleńcem, tyle, że wspinaczkowym. Fajnie jest móc popatrzeć jak "Łysy" doprowadził MTB do perfekcji. Na MTBTrophy w Istebnej miałem okazję się o tym przekonać.

Ale wracając do sedna sprawy - chciałem opisać moje wrażenia z jednego z kilku(nastu właściwie) maratonów, w jakich udało mi się wystartować w 2007. Dlaczego Kraków? Bo dla mnie był to najciekawszy maraton: oddzielna, długa, piękna i mordercza pętla giga, mimo wielu zawodników rozdzielenie czasowo giga i mega to strzał w 10kę - na trasie nie było tłoczno. Moja ukochana - Maja, zdecydowała pojechać się ze mną - hurra! Wyjechaliśmy w sobotę rano, mieliśmy nocleg niedaleko Parku Ojcowskiego. W sobotę udało nam się trochę pojeździć po okolicy i Maja miała okazję zobaczyć, czym różni się "rowerowanie" w okolicach Warszawy od okolic Krakowa;) Ale była bardzo dzielna, trzeba jej przyznać. Ja potraktowałem to jako mały rozruch przed niedzielą. Niepokoiło mnie tylko dziwne "strzelanie" w tylnim kole. A że nadal nie jestem specem w sprawach sprzętowych, zbagatelizowałem to. Udało mi się też w sobotę zarejestrować - jeszcze tylko chwila wahania: czy na pewno giga - to przecież 100km, ale z drugiej strony nie po to jechałem taki kawał, żeby teraz robić jakieś "przejażdżki" ;)

W niedzielę niespiesznie dotarliśmy na miejsce, parkując przy wejściu na zamknięty stadion, zastanawiamy się jak nasze warszawskie "blachy" podziałałyby na krakowskich kibiców gdyby był tam dziś mecz… Na starcie jak zwykle tłumy, ale ja nienerwowo zaczynam swoją "procedurkę": zrobić isotonic, przebrać się, zabrać jakieś "jedzonko", przesmarować łańcuch, zrobić parę kółek na rozgrzewkę, ale co tu się rozgrzewać jak mam i tak 100km do przejechania, to wiadomo, że nie będę cisnął non-stop - do Michała mi jeszcze daleko. Chwilka rozmowy ze znajomymi z XBOXa, Basi pożyczam bidon, Jarowi narzekam na koło. Wsiada, robi dwa kółka i od razu wie co jest grane: luzy w szprychach, trzeba naciągnąć asap, bo mogę nie skończyć tego wyścigu. Pędzę do serwisu, gdzie cudem udaje mi się dopchać, a pan mi też jednak pomaga. Moja "procedurka" zaburzona, ale na start zdążam, wdzięczny Jaromirowi, i bardziej pewien roweru, ale z postanowieniem "podszkolenia" się ze spraw "hardwareowych".

Startuję jak zwykle - z końca. Zaczynam nie za ostro, ale równo wyprzedzam, w końcu giga startuje z mini. Start raczej monotonny - po płaskim. Ale za chwilę zaczynają się pierwsze górki i tu już coraz bardziej się "peleton rozciąga". Czuję się nieźle, nawet żołądek, z którym zawsze mam jakiś problem dziś o dziwo spokojny. Pierwsze 40 km upływa mi spokojnie, bez wielkich kryzysów, ale też nie jadę bardzo mocno, chcę dociągnąć równo do końca. W pierwszych maratonach moją zmorą była utrata tempa w drugiej połowie, dopiero później nauczyłem się lepiej rozkładać swoje wątłe siły. Nigdy nie byłem specjalnie wysportowany, w podstawówce wręcz zawsze na końcu wszelkich "zmagań WFowych". Ale staram się nadrabiać wolą walki. Gdzieś w połowie spotykam dwójkę - jeden chłopak jedzie sobie dla towarzystwa, ale jedzie już 120km, bo miał jakieś 70km do Krakowa od siebie… Niektórzy to mają w nogach jakiegoś potwora… Chwilę z nimi jadę, potem powoli udaje mi się odejść do przodu. Trasa jest nietypowa trochę - ani bardzo górska (typu MTBTrophy) ani płaska. Tak na zmianę. Ale zdarzają się bardzo szybkie zjazdy - na nowym Mongoosie świetnie mi się jedzie - wreszcie mogę docenić hamulce tarczowe. Na mecie okazuje się, że na tych zjazdach aż tak "dziarsko mknąłem", że z torebki wypadł mi telefon komórkowy, zapas dętki i małe klucze. Trudno, szanse na odzyskanie były już znikome. W międzyczasie spotykam kogoś z JoeCox-a - wygląda na bardzo zmęczonego i chyba po jakimś upadku. Chwilę jedziemy razem - wspominam Michała, żałuję, że go nie ma, no i narzekamy, że coś do bufetu daleko, bo obu nas trochę wysuszyło. Wreszcie bufet - można uzupełnić płyny. Gdy dopadam pierwszych zawodników z Mega zaczyna być trochę trudniej - trzeba wyprzedzać, co nie zawsze jest łatwe na wąskich odcinkach. Ale zachowując się kulturalnie, ludzie ustępują, a ja dziękuję - niebo lepiej niż "w kotle" na Mazovii. Z drugiej strony, wyprzedzanie, nawet z Mega, daje kopa motywacyjnego. Po drodze mija mnie tylko chłopak z Planji - zasuwa jak dziki, ewidentnie po jakiejś awarii sprzętu, chwilę próbuję go utrzymać, ale nie daję rady zbyt długo. A gdy na trasie dopadam Basię, a potem Jara - wiem, że koniec blisko. Jara pozdrawiam, ale też i mruczę coś tam pod nosem, że ciężko, bo to już był bodajże przedostatni podjazd. Rzeźbię jednak zawzięcie.

Potem już prosto do mety, gdzie wpadam i patrzę: 100km, 5 i pół godziny, co plasuje mnie gdzieś w środku stawki - fajnie jest wiedzieć ile jest jeszcze do nadrobienia;) Że ja tyle czasu wytrzymałem w siodełku…  Chwila ulgi i radości, że to już koniec. Zaraz za mną wpada chłopak, z którym nieraz jechałem równo na MTBTrophy, a potem w Nowinach - no, ale on ma łatwiej - w Kkowie ma przynajmniej góry, a gdzie tu Wwie trenować pod takie "wycieczki" jak ta, którą właśnie skończyłem? Pierwszy oczywiście znów Andrzej Kaiser. Leżę dość nieprzytomny - Maja mnie "reanimuje", za co jestem jej bardzo wdzięczny. W trasie jadąc często sam, miło było mieć świadomość, że na mecie czeka na mnie ktoś mi najbliższy. Początkowo nic nie mogę przełknąć, ale powoli wracam do siebie. W końcu jeszcze dziś 300km do Warszawy trzeba bezpiecznie doprowadzić nas autem. No i już myślę o tym, gdzie mogłem pojechać lepiej, ile z tego czasu dało się urwać, co do poprawienia w taktyce. To wszystko nadal mam w głowie, a w Krakowie w tym roku znów maraton… Będzie, co poprawiać, oby tylko sił i zdrowia starczyło.

Andrzej Lipka